Praca Pszczyna Praca Pszczyna

pless.pl - medium nr 1 w Pszczynie

REKLAMA - BILLBOARD WIADOMOSCI

Wiadomości

  • 10 sierpnia 2014
  • wyświetleń: 5492

Wywiad z Gertrudą Granatyr z Woli

Renata Botor z tygodnika "Echo" przeprowadziła wywiad z 95-letnią Gertrudą Granatyr z Woli. Panie rozmawiały o życiu w Woli dawniej i dziś.

Gertruda Granatyr
Gertruda Granatyr · fot. Renata Botor / Tygodnik Echo


"Echo": - O życiu na wsi chciałam porozmawiać - tym dawnym i dziś. W Woli, która w ciągu lat bardzo mocno się zmieniała.

Gertruda Granatyr: - Zanim kopalni Czeczott nie wybudowali, była to czysto rolnicza wioska. Każdy miał krowę, troszkę pola.

- Konia?

- Przed wojną w Woli było przeszło 80 koni. Większy gospodarz miał konia albo parę koni. Gospodarzom, którzy nie mieli konia, pomógł w polu, a tamci mu to potem odpracowali.

- Koń był takim wyznacznikiem zamożności?

- Bez konia nic by się nie dało zrobić. Gdy gospodarz miał pięć hektarów pola, jak mój ojciec, koń musiał być. U taty były więc czasem dwa konie, czasem jeden. Gdy był jeden, od sąsiada lub znajomego pożyczało się drugiego, bo orka ciężka. No a potem się
już wszystko ulepszało, mechanizowało.

- Ale długo np. kopało się ziemniaki kopaczkami, nie maszyną.

- Zanim były maszyny, rzeczywiście wszystko kopaczkami. Najęli dziesięć kobiet. Stawały przy rządkach choćby do jakich zawodów: na każdą dwa rządki, na tym koszyk wiklinowy. Gospodyni zawsze wiedziała, która z kobiet jak sobie radzi i najsilniejszą ustawiała na przedzie.

- A, była taką liderką.

- Tak, liderką. I podług niej pozostałe pracowały, nie chcąc być gorsze.

- Ciężko tak kopać.

- Gdy byłam już mężatką, miałam 25 arów ziemniaków zasadzonych. I wie pani, że sama to wykopałam?

- To czemu dziesięciu kobiet pani sobie nie sprowadziła do kopania?

- No przecież nie było mnie stać, by im zapłacić. Tylko wielkie gospodynie mogły sobie pozwolić na najmowanie do kopania. Inaczej
samemu się robiło. Gdy już ziemniaki zbierało się za maszyną, też potrzeba było dużo ludzi. Całe pole było przemierzone na kroki, policzone, ile jest ludzi, ile na każdego przypada. Najpierw było lekko, bo maszyna była nowością. Ale potem coraz mniej kobiet brano do zbierania.

- W pani domu rodzinnym kopało się już maszyną?

- Tak. Było też dwóch wozaków, którzy wozili ziemniaki na rafiokach (nieduże wozy o drewnianych kołach z metalową obręczą), a w domu sypacze prędko do piwnic to zsypywali rynną. Za pół dnia sporo wykopali, jak było dużo ludzi. Wtedy szło to jakby taśmowo.

- To tylko wykopki, ale przecież jeszcze były żniwa, sianokosy. Każdy miał swoje pole. Zawsze bogatsi mieli kogo nająć do roboty?

- Przecież na wsi kobiety zawodowo nie pracowały, więc cieszyły się na sezonowe prace, bo sobie zarobiły na coś z odzieży.

- Dużo można było zarobić?

- Ten przelicznik to mi się już trochę myli, bo wtedy była całkiem inna wartość pieniądza. Godało się: "Idziesz ku maszynie"? Szła codziennie, to sobie zarobiła w sezonie i 20 zł. Przed wojną to był dobry pieniądz.

- Na nową jaklę starczyło?

- Na jedną jaklę (ale zwykłą, kretonową) dwa złote starczyło. Gdy już do kościoła chciało się jaklę, z lepszego materiału, było drożej. Ale, jak to się godało, "okryły się" za to.

- A taką jaklę to gdzie można było kupić?

- Gotowej się nie kupiło! Materiał można było kupić, a potem do szwaczki i szyło się na miarę. Jaklę, kiecki. Sztuką było zrobić ładne plisy.

- To może lepiej po prostu sukienkę trzeba było kupić?

- Ale kiecki śląskie zostawały już na całe życie - te kościelne, świąteczne były bardzo szanowane. Wiele z nich miałyśmy po naszych mamach - poprzeszywane, bo matki chodziły w bardzo szerokich kieckach. Pokażę pani zdjęcie mojej mamy z 1917 r. O, tu jest z tatą i najstarszym bratem (chłopcy do czwartego roku życia chodzili w sukienkach). Mama ma szeroką kieckę, bo wtedy nie było tych zaprasowanych plisowań, na dole przynajmniej dwie spódnice.

- Wy robiłyście pliski, by było bliżej ciała.

- Podobało nam się, jak dziewczyny chodzą w sukienkach i trochę chciałyśmy się na nich wzorować, wyglądać zgrabnie. Żadna też się już nie czesała, jak nasze matki.

- Pani mama: bardzo gładko, przedziałek na środku głowy, z tyłu czubek.

- My zaczęłyśmy już włosy układać w wele, chodziłyśmy z gołą głową, w chustce tylko do kościoła. Co my różnych fryzur wymyśliły!

- Za bardzo pofantazjować się nie dało, przecież zawsze czubek musiał być.

- No tak, czubek musiał być. Póki się było panną, miało się warkocze. Potem warkocze przeszkadzały w pracy, dlatego włosy czesano do tyłu. Ale upinało się je bardzo ładnie, trzeba było mieć specjalne druty.

- A rozpuszczone włosy?

- Nazwaliby "czarownica". Nie było mowy, by ktoś chodził z rozpuszczonymi włosami. Jedynie dziewczynki, które szły kwiatki sypać w Boże Ciało. Dorosła kobieta na takie pośmiewisko - przez rozpuszczone włosy - by się nie naraziła.

- Na zdjęciu pani tata jest w mundurze pruskim?

- To był koniec I wojny i go siłą wciągnęli do wojska. Ale na froncie nie był.

- Zaangażował się w powstania śląskie...

- Był wielkim działaczem. W Internecie pani znajdzie życiorys Tomasza Niesyto, ale seniora trzeba szukać (bo jego wnuk to też Tomasz Niesyto). Był uczestnikiem trzech powstań śląskich. Był śpiewakiem kościelnym, wójtem Woli... Bardzo szybko owdowiał. Mama zmarła w 1933 r. Ludwik, najmłodszy brat, miał wtedy pięć miesięcy, drugi brat 3 lata, trzeci pięć. Było nas w domu ośmioro (jak ten najmłodszy płakał, to my wszyscy płakaliśmy). Tata dbał o nasze wykształcenie. W domu zawsze dużo się czytało, było wiele polskich książek i czasopism, które tata pożyczał ludziom.

- Czuliście się Polakami, Ślązakami?

- Na pierwszym miejscu - zawsze - Polakami. Ale nie wchodzę w dyskusję na ten temat, bo bym się za bardzo zdenerwowała. Powiem tylko, że mimo przywiązania do polskości wszyscy z rodziny przeżyliśmy wojnę. Myślę, że to mama nad nami czuwała...

- Mogła się pani kształcić?

- Skończyłam przedwojenną szkołę gospodarstwa w Międzyświeciu. Przeczytałam w gazecie, że jest taka szkoła, wyrobiłam zdjęcia, dostałam się. Bardzo dobrze ten czas wspominam. Dzięki szkole zwiedziłam Gdynię, Hel (kąpałam się w morzu), płynęłam statkiem, widziałam przedwojenną Warszawę. Zawdzięczam to wszystko ojcu, bo chciał, bym się uczyła..

- A po szkole?

- Radca górniczy z Woli Tomasz Klenczar miał w Katowicach Ligocie willę. Szukali gosposi. Tata się zgodził. W czerwcu 1939 r. pojechałam. Dobrze mi tam było, ale wybuchła wojna. Państwo Klenczarowie uciekli samochodem. Zostałam tylko z ich ciotką. Słuchałyśmy radia, póki z Polski nadawało. Z Woli pracował tam jeszcze jeden chłopak. Poszukał mi roweru i 5 września przyjechaliśmy do Woli - przez świeże pobojowiska. Człowiek był młody, to nie miał pojęcia, jak to niebezpieczne. Przyjechałam, dom pusty. Potem rewizje Niemców, bo szukali ojca (był na liście do zlikwidowania - jako powstaniec). Wybrałam się na rowerze na rozdroże za Chełmek. Myślałam, że go tam spotkam i zdołam ostrzec, że go szukają i żeby nie wracał. Stałam na tym rozdrożu, ale chyba się spóźniłam. Przenocowali mnie ludzie w pobliskim domku, rano wróciłam. Byli już brat z siostrą, powiedzieli, że tata bezpieczny. Dzisiaj się śmieję, że ktoś ma za daleko jechać na rowerze. Ja przyjechałam z Katowic, potem za Chełmek i nie odczuwałam specjalnie zmęczenia, a jeżdżenia na rowerze przecież nie trenowałam [śmiech].

- Dziś wiele rzeczy jest nam trudniej zrobić. Kiedyś już dzieci ciężko pracowały w gospodarstwie.

- Ale my, dzieci, nie musieliśmy wykonywać najcięższych prac. Mieliśmy dużą stodołę, w której jeden wielki sąsiek wystarczył dla nas, a w drugim czterech najemników trzymało sobie zboże (tam młócili cepami). Tata nie chciał pieniędzy, tylko mu pomogli za to w gospodarstwie. Było pięć krów, mleko się sprzedawało. Gdy miałam 12 lat, doiłam krowy. Trzy razy dziennie te ocielone; gdy mniej dawały mleka, to dwa razy. Trzeba było je też paść. Mieliśmy dużą łąkę. Dom (dziś już jest rozebrany) był przy Wiśle. Wychodziło się z podwórka na wał, za którym był duży szlak łąki. To nie była ciężka robota. Mieliśmy różne zabawy. Na przykład chłopcy grali w dziką świnię. To taki dzisiejszy golf: celowali kijami i kawałkiem drewnianej kostki w dołki, czyli naganiali "dziką świnię" do dołka. Zimą, gdy krowy nie chodziły na pastwisko, dawało się im dwa razy dziennie siano. Siano trzymało się "na górze". Dziś strychy są przerobione na pokoje, a wtedy siano się tam trzymało i w domu było
cieplutko, bo to była dobra izolacja. Rano się krowom dało jeść, podoiło. Oprócz tego były świnie. Prosięta musiały mieć porządny, gotowany pokarm.

- Dla zwierząt specjalnie się gotowało?

- Na piecu w kuchni, w żeliwnych garnkach. Potem więksi gospodarze mieli parniki na polu. Bo w każdy czasie jest jakiś wynalazek. Były kamienne misy z zastawką, nalewało się tam mleko. Gdy się wystudziło, śmietana została na wierzchu, zastawkę się otwierało, by chude mleko spłynęło. Lodówka była taka: bańkę z mlekiem się na sznurze do studni spuszczało, nad wodę, podobnie mięso - pokrzywami tylko trzeba było przykryć (dla konserwacji). W każdej epoce są ludzie, którzy coś udoskonalą. Aż przyszło do dzisiejszej lodówki, ale ktoś musiał ten prototyp stworzyć.

- Pani jest nowoczesną osobą, ale... przy kieckach pani jednak została.

- Żeby się nie wyróżniać w Woli. Żeby ktoś nie powiedział: "Ale zarozumiała, co za pani". W kieckach chodziłam tylko do kościoła, po domu w sukienkach, modnie. Sama sobie szyłam.

- Wie pani co mnie zaskakuje? Że 95-letnia gospodyni w śląskich kieckach mówi czystą polszczyzną, nie tylko gwarą.

- To obowiązek: znać gwarę i język literacki.

- Dziś w Woli ile pań chodzi w kieckach?

- Oprócz mnie tylko trzy. Ale ostatnio coś w kościele jedyna w kieckach jestem.

- To teraz się pani wyróżnia.

- Kiedyś przyjechał biskup. Zobaczył mnie przy kościele: podbiegł, opowiedział, że jego babcia w takich kieckach chodziła. Baby godają: "Patrz, do nos nie podlecioł". Godom im: "Ubiercie se kiecki" [śmiech].

- Ilu było takich większych gospodarzy w Woli?

- Największym gospodarzem był młynarz Odrobiński (100 morgów miał), koło niego jego siostra, która wyszła za Rozmusa, miała też 100 morgów. Tyle miały też Foltyny. Więksi gospodarze mieli parobka, służącą. Ale ich dzieci też pracowały. Poza tym była pomoc sąsiedzka. Ludzie nie zostawili drugiego w potrzebie. Gdy się suszyło siano i ktoś prędzej w kopki złożył, a widział, że drudzy jeszcze nie, szli pomóc. Jeden drugiemu też chętnie pożyczał grabi, łopaty (dziś każdy chce mieć wszystko swoje). Domy nie były pozamykane, wchodziło się wszędzie. W Woli też kwitło życie kulturalne. Było Towarzystwo Śpiewu (dwa razy w tygodniu próby), Towarzystwo Polek (uczono higieny, dobrego zachowania), chłopcy uczyli się strzelać. W szkole śpiewaliśmy patriotyczne pieśni. Miałam bardzo dobrego nauczyciela. Nazywał mnie pożeraczką książek, bo ich zabrakło dla mnie w bibliotece. Jeszcze dziś bym chętnie poczytała, ale mam za słaby wzrok. Lektor by mi się przydał, choć... ci młodzi to też dobrze nie przeczytają.

- Audiobooki są.

- Mam. Z dzieciństwa pamiętam książkę "Mały lord" - piękną. Gdy dostałam płytę od bratanicy, całą noc nie spałam, tylko słuchałam. Jakie tam są mądre zdania! W magnetofonie właśnie siedzi ta płytka z "Małym lordem". Pokażę pani. Wnuk mi wyszukuje też w Internecie wiersze, stare piosenki. Widziałam film, jak Wola z samolotu wygląda.

- I co? Zmieniła się wieś. Gdzie to rolnictwo?

- Przyszła kopalnia, pola pozabierali. Ale mówię: tylu ludzi dzięki tej kopalni sobie tu zapracowało na emerytury. Czasy się zmieniły, dziś z pola wyżyć nie można, chyba że jest gospodarstwo wyspecjalizowane.

- Konie są jeszcze w Woli?

- Takich do roboty w polu nie ma. Jest po sąsiedzku jeden, ale do jazdy konnej. Śmieję się, że to cud świata, bo dzieci ze wsi tu przychodzą, żeby konia pooglądać.

- Nie żal pani? Że krów nie ma, konia.

- ...

- Nie?

- Bardzo lubię krowy, konie, ale już bym sił nie miała. No chyba żeby młodzi robili, to mogą być. Bo wieś była romantyczna, ale dla tego, kto się jej tylko przyglądał. A w środku tak romantycznie to nie było. Choć... my nie mieliśmy aż tak ciężko, inne dzieci musiały więcej pracować.

- Została pani bez matki, mając 13 lat. Zostało rodzeństwo (maleńkie dzieci). Wszystko było na pani głowie jako najstarszej z dziewcząt... Musiało być bardzo ciężko.

- Dopiero gdy jestem starsza, też to widzę. Ale ja byłam więcej lekkomyślna, za to moja półtora roku młodsza siostra była bardzo akuratna. Razem zajmowałyśmy się domem. Wieczorem wszystko przygotowałyśmy dla zwierząt do gotowania, rano tylko się w piecu
podpaliło...

- Nie lubi pani narzekać.

- Zna pani taką pieśń "Tam ja mam pałac"?

- Jak to leci?

- "Ja nie narzekam, choć wiele tu nie mam. Izdebkę małą i więcej nic. Ale w wieczności w mej ojczyźnie niebieskiej będę mieć pałac, co blaskiem lśni". Bardzo ją lubię.

---

Gertruda Granatyr - ur. 1919 r. w Woli, córka Marii z Janoszów i Tomasza Niesyto, powstańca śląskiego, wójta Woli. Mąż Franciszek Granatyr zmarł w 1966 r. Mieli pięcioro dzieci. Najstarszy syn, Andrzej, był wójtem gminy Miedźna. Zmarł w 2003 r. Biografię pani Gertrudy opisał Alojzy Lysko w swej najnowszej książce "Jak to dawniej... na Ziemi Pszczyńskiej".

Renata Botor / Tygodnik Echo

REKLAMA - BANER POD ARTYKUŁEM

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu pless.pl zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.